|
( Victorius)
Razem z bratem podróżowaliśmy już od dawna. Wiem że January chciałby, żebyśmy gdzieś się osiedlili, niestety nie udało się nam jeszcze znaleźć odpowiedniego miejsca. Wszystkie watahy które spotkaliśmy albo: nie przyjmowały nas, lub wyrzucali nas po 2 dniach. Dzisiejszy dzień był dość zwyczajny. Szliśmy obok jakiegoś dużego jeziora. - Vick to już 29 jezioro które mijamy.- użalał się mój brat. - Liczysz jeziora?- zapytałem. - Tak.- burknął. Przez chwile panowała cisza, ale Jon nie umie długo milczeć. - Długo jeszcze?- zaczął. - Słuchaj dobrze wjesz że nie wiem.- odpowiedziałem. - No wiem, ale nie chcę już podróżować.-powiedział. - Wiem braciszku, ale obiecuje że znajdziemy jakąś watahę, wszystko się ułoży. - I będzie tak jak w tedy kiedy rodzice żyli?- Dopytywał się. - Tak będzie tak jak kiedy rodzice żyli.- uśmiechnąłem się. - Vick… ścigamy się?- nie czekając na moją odpowiedź zaczął biec ,a ja za nim. Biegaliśmy i przewracaliśmy się na siebie przez jakiś czas .W pewnym momencie usłyszałem szelest. - Stój.- krzyknął. (January) Zabawa z bratem była fajna. W pewnym momencie, krzyknął: - Stój.- Stanąłem jak wryty. Z za krzaków wyskoczyła jakaś wilczyca. - Co wy tu robicie? - Mogę ci zadać to samo pytanie.- mój brat zaczął warczeć, a ja tak samo. Może wyglądałem groźnie, lecz tak naprawdę trzęsłem się ze strachu. - Ja tu mieszkam, razem z moją watahą.- - Zaraz, zaraz powiedziałaś watahą?- Obaj przestaliśmy warczeć i wyprostowaliśmy się. - Tak, powiedziałam watahą, a co. - A nico tylko chcielibyśmy dołączyć. ( Skay dokończ) |
|
|
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz