O matko... Ja mam prowadzić tych matołów po watasze?
No dobra... -,-*
-
Więc tak... Ja was oprowadzę po tych ch...ych terenach, ale wy macie się nie
odzywać...
- Bo? - Zapytał nagle jedne z nich
- Wyrwę wam flaki gołymi
łapami! Zrozumiano?!
- Takkk... - odpowiedzieli razem.
Zaczęła się ta
głupia oprowadzanka... Ale była na tyle nudna i przygnębiająca że myślałam iż
padnę na ziemię i nie wstanę. Nagle zauważyłam James'a wyłaniającego się zza
krzaków.
- James! - krzyknęłam w jego stronę
- M-mmaasssacre! chyba nie
chcesz mi wypruć moich organów prawda?
- Nie! Proszę, jako alfa Twoim
obowiązkiem jest ich oprowadzić. Przy wodospadach, jaskiniach i miejscach
polowań byłam. Baw sie dobrze. Ciau! - odpowiedziałam z każdym słowem odsuwając
się od mojego problemu.
James patrzył na mnie jak na oszalałą, lub co
najmniej nienormalną.
Wbiegłam w krzaki zostawiając James'a z 'tym
problemem'.
' Na szczęście to już nie mój problem' - uśmiechnęłam się do
siebie.
Postanowienie o porannym przejściu się nad rzekę, oficjalnie uważam
za rozpoczęty. W końcu wolność. Zaczęłam iść powoli po lesie.
~~godzinę
później~~
Byłam już nad rzeką. Myślałam nad tym co zdarzyło się parę lat
temu... Wiedziałam gdzie się zapuściłam. Były to granicę watahy Srebrnego
Księżyca, a Watahą Wycia potępienia*. Niegdyś Watahą Białej nocy. Jednak po
masakrze jaką tam urządziłam, to już nie jest ta wataha. Raczej wysłali by na
mnie swoich zabójców. Lub wojowników. Wiadomo, że nawet przy moich siłach nie
rozprawię się z 40 wilkami na raz. Szmer wody wydawał się być nie tyle
uspokajający, co relaksujący. Jednak dla zabójcy ważnym aspektem jest słuch i
wzrok. I ten aspekt, zmienił wszystko na zawszę... Parę metrów dalej usłyszałam
głosy wilków... Głos mojej dawnej alfy... Tak jest duchem... Głos mojej matki,
tak tragicznie zamordowanej... Patrzyłam w dal... I... Uroniłam łzę... Byłam
zaskoczona... Ale w te głuche głosy słyszałam też głos Raicher'a. Postanowiłam
to sprawdzić. Rzeka, była granicą tych watah. Przeskoczyłam rzekę jednym
sprawnym ruchem. Wylądowałam na 'zalaną' mgłą, oczerniałą przez ból, smute i
krew. To była moja kraina... To był mój dom... Tu była moja rodzina.. Moje
życie... Nie byłam wstanie zrobić ani jednego kroku... Jednak zebrałam sie w
sobie i postawiłam ten masakryczny krok... Przeszył mnie ból... Cierpienie...
Poczułam coś okropnego... Jednak jako morderca, muszę to zrobić. Zbliżałam się
ku głosowi Reichera i mojej matki, alfy i innych. Usłyszałam tylko...
-
Posłuchajcie mnie. Alfa Watahy Skayres, znalazła już partnera. Został nim 5 i
pół letni James. Posłuchajcie... To już koniec, ale ważne jest to kto jest w tej
watasze. Massacre. Lepiej na nią uważać. Jest zdolna do wszystkiego.
- Nasza
potępiona córka - powiedział ojciec
- To nie jest nasz córka Silverze! To
dwulicowa zdrajczyni! Nienawidzimy jej! Cała nasza rodzina ją potępia. NIE WASZ
SIĘ WSPOMINAĆ JEJ IMIENIA...
Te słowa były jak pchnięcie nożem w świerzą
ranę... Nie mogłam nic powiedzieć... Po raz kolejny spadła mi łza... Łza krwi...
A po niej? chęć zabicia wszystkich! Wymordowania całego świata!
- REICHER! TY
ZDRADZIECKA S***O! ZDRAJCA! ZGINIESZ ZA TO TAK SAMO JAK WY ŚMIECIE! - krzyknęłam
wyskakując zza krzaków.
- Mmassacre! - powiedział cofając się - Bosh... Matko
święta! - zaczął krzyczeć
Duchy zniknęły. Rzuciłam się na tego zdradzieckiego
podłego... AH! Nie mam zdanie. Opisywanie naszej walki było by zbyt krwawe i
straszne. Ujawnienie szczegółów, to jedynie z mojej strony...
to daj
kursywą;
Najpierw 'pchnięcie nożem', tak dla jaj,
potem trochę zabawy...
Dla picu...
Teraz zaczynamy się rozkręcać...
Najpierw łapki
skórujemy,
potem główkę i brzuszek...
Teraz kark i ogonek...
Łamiemy
kosteczki... Dla żartu,
Oczywiście!
Reicher skończył właśnie tak. Teraz
trudno sobie wyobrazić, co zrobiłam w 200% furii, z moją rodziną, watahą i
przyjaciółmi. Reicher leżał cały we krwi. W jego oczach widniał ból, strata,
cierpienie, smutek... Popatrzyłam na niego ucieszona ze swojego dzieła. Wzięłam
głęboki oddech. Po czym usiadłam obok niego.
- Reicher. Za zdradę płaci się
najwyższą cenę. Nie wiem jak długo już nasz oszukujesz, ale zasługujesz na
najgorsze szmato...
Po czym wzięłam go delikatnie w zęby i podrzuciłam do
góry. Złapałam za tchawicę, uszkadzając ją. Zaczął się krztusić własną
krwią...
~~godzinę później~~
Stanęłam już na terenie watahy. Z
na wpół martwym Raicherem.
Widać, wilk bez futra, z krwią cieknącą z tchawicy
jest wielki widowiskiem. Weszłam na skałę. Najwyższą.
- OTO ZDRAJCA! -
krzyknęłam unosząc ku górze wilka - TEN WILK ZDRADZIŁ NASZĄ WATAHĘ, PRZEKAZUJĄC
NASZYM SĄSIADOM INFORMACJĘ. TE, KTÓRE MOGĄ NAM TYLKO ZASZKODZIĆ...
Po czym
wbiłam moje pełne 'siły' kły w jego tchawicę.
- I TO SPOTKA KAŻDEGO Z WAS
JEŻELI OŚMIELICIE SIĘ ZDRADZIĆ WATAHĘ! ŚMIERĆ WAM ZDRAJCY!
- ŚMIERĆ WAM
ZDRAJCY! - powtórzyła wataha
Nagle poczułam za sobą czyiś dotyk... To były
alfy..
- Massacre... - zaczęła Skayres
(Skayres lub James
dokończcie)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz