Walka na chwilę ustała. Wszyscy stali wgapieni w Dragona. Członkowie Watahy Srebrnego Księżyca byli zadowoleni, przeciwnicy zaś zdziwnieni. Z góry spostrzegłam, że tylko jeden, czarny jak smoła basior miał uśmiech na twarzy. Czyżby mu rzeczywiście chodziło o mego towarzysza? Podlecieliśmy do Jamesa, który spytał się, czy mamy jakiś plan. I właśnie w tym problem, że nie mamy.
- No nie bardzo. - odpowiedziałam. - Chociaż...Spróbuję z nimi pogadać.
- Skayres, co ty...
I nie zdąrzył dokończyć, kiedy ja na Dragonie uniosłam się wysoko nad pole bitwy i stanęłam na grzbiecie smoka. Przyznam, że nieco się bałam, ale w końcu trzeba zaryzykować. Wszystkie oczy przeniosły swój wzrok na mnie.
- Słuchajcie wszyscy! - krzyknęłam. - Ta wojna nie ma sensu! O co wam chodzi, czego wy od nas chcecie?
I zapanowała cisza. Członkowie mojej watahy i wrogowie stali obok siebie, nie używając mocy, nie używając siły. Nikt nic nie mówił, nikt nie podnosił na siebie łapy. Ciszę przerywał tylko głośny oddech Dragona i melodyjka grana przez wiatr. Czy się udało? Odpuszczą? A może tym sposobem tylko zmotywowałam ich do walki?
- No właśnie...- szepnęłam, a potem powiedziałam głośniej. - Może po prostu sobie odpuścimy i wszyscy wrócimy na swoje miejsca? Czyż nie lepiej żyć w przyjaźni i pomagać sobie nawzajem?
Wtedy odezwał się ten czarny, wielki basior, który jak podejrzewam był samcem alfa danej watahy.
- Chcemy terenów! Chcemy Dragona! - krzyknął.
- A my spokoju! - dodałam. - Jeżeli wam tak bardzo zależy, wodospad i las mogą być wspólne.
- A co ze smokiem! - warknął.
- Smoka nie dostaniesz. - powiedziałam i zlecieliśmy nieco niżej. - Idziecie na ten układ?
I właśnie w tej chwili cała wroga wataha zebrała się i zaczęli szeptać między sobą. Pewnie się naradzali. Natomiast my z nadzieją patrzyliśmy się na nich i czekaliśmy na odpowiedź.
<Niech ktoś dokończy>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz