środa, 24 kwietnia 2013

Od Feisty


Bezkresna zieleń.Gdyby ktoś szedł taką zielenią przez długi okres, miałby jej dość.Wycieńczona,słaba, głodna, bezradna.Tak właśnie się czułam.Całe wydarzenie z moim najlepszym przyjacielem - Feriim.Zabili go, osobę która była dla mnie niczym kwiat nadziei w tej bezkresnej łące pustkowia.Gdyby tu był, kazałby mi wziąść się w garść.Ale ja nie potrafię, nie mogę.Nie czuję swojego ciała, swoich łap, swojej duszy....Czuję że upadam na dno.Nagle przed moimi oczyma zaczyna panować ciemność, ciemność bez nadziei.I małe światełko, które ją właśnie przedstawiało...

~Gdy się obudziłam~

Zobaczyłam że jakiś obcy basior stoi nade mną.Rozglądnęłam się chwilkę i zauważyłam że jestem gdzie indziej.Na jakiejś zielonej polanie, a w tle słychać było wiele głosów.
-Obudziłaś się. - Usłyszałam jego głos.
-T-tak, chyba tak. - Podał mi łapę, a ja wstałam bez jego pomocy.Troszkę mi się spodobał, ale to niedobrze.Nie chcę angażować się w nic, gdyż po 1 nie znam go, po 2 nie chcę cierpieć gdyby coś mu się stało.Basior uśmiechnął się lekko.
-Bremu - Wyciągnął łapę.
-Feisty - Zmusiłam się do podania.
-Co ty robisz? - Spytał.
-Nie twoja sprawa. - Odpowiedziałam otrzepując się.
-Rozumiem - Uśmiechnął się znowu.Był jakiś dziwny zarazem słodki, jak i złośliwy.Tak jak ja xp
-Prze.....Chcesz się przejść? - Co to miało być?!Ktoś po raz pierwszy nie zmuszał mnie do przeprosin, a ja o mało co bym go... nie no.

<Bremu, dokończ z łaski swej>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz