Wpadła do mojej jaskini nieproszona a następnie wyprowadziła a lepiej powiedzieć siłą wypchnęła na zewnątrz. Mówiła, że nie ma czasu. Wtedy przestałam się na nią gniewać. Jeżeli Massacre była w takim przerażeniu, co się rzadko zdarza, albo nigdy nie była w takim stanie.
- Ccco się dzieje - ziewnęłam - umiera ktoś? - W pewnym sensie. Cała wataha jest w niebezpieczeństwie. CAŁA WATAHA W NIEBEZPIECZEŃSTWIE. Te słowa dobudziły mnie. - Wyjaśnij mi potem co się dzieje. Nie odpowiedziała. Pociągnęła mnie za sobą i po chwili ramię w ramię biegłyśmy w gwiaździstą noc. Zmierzałyśmy na południe, czyżby nad wielką wodę? Raczej nie, bo potem Massacre obrała kierunek wschodni. Ja leciałam , ona biegła. Wciąż przez dobre pół godziny godziny biegła. W pewnym momencie poczułam straszne zawroty głowy i zaczęłam tracić wysokość. Skrzydła odmówiły posłuszeństwa. Zaryłam z rumorem o grunt. Niezłą dziurę zrobiłam. Po chwili na krawędzi otwory ujrzałam Massacre. - Nic mi nie jest! - krzyknęłam. Chciałam wzlecieć, ale chyba złamałam skrzydło. Jakoś z pomocą Massacre wydostałam się z dziury. Po chwili znów ruszyłyśmy w dalszą drogę. Gdy zaczęło świtać przystanęłyśmy. - Jeżeli mamy teraz tę 'wolną chwilę' to powiedz mi po krótce co się dzieje. Mów wszystko jak jest i wiedz, że ja zawsze stanę po twojej stronie. < Massacre, odpisałam widzisz? > |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz